Łączna liczba wyświetleń

środa, 9 listopada 2011

32.  Zauważyłem, że pisząc i rozpamiętując problemy, które towarzyszyły mi w minionych latach, staję się bardziej miły i jeszcze bardziej kocham swoją rodzinę… ;-* Tak jakbym chciał wynagrodzić im te lata, w których byłem nie do wytrzymania… ;-D

Przedstawię Wam, więc jeszcze kilka fragmentów z opowiadania, opisujący okres, mego zmagania z chorobą i depresją…

Ale na to poczekajmy od jutra… ;-D

wtorek, 8 listopada 2011

31.  Jest nas niestety za mało, by się osobami z SM-em przejmować. Dla przykładu diabetycy, mogą sobie pozwolić na różne formy strajku i zwrócenie na siebie uwagi. Jest ich wielu i są silni. Ministrowie, senatorowie, czy inni rządzący, muszą się z takim elektoratem liczyć.
Gdy Małachowskiego dotknęła w rodzinie „Ta” choroba,  to znalazł w Kuroniu sprzymierzeńca i stworzyli w Dąbku, pierwszy w Polsce Ośrodek Mieszkalno-Rehabilitcyjny dla osób chorych na SM.
             
Pięknie, ale czy to tak powinno działać? Jak minister ma w rodzinie chorego na raka, w śpiączce, czy po wypadku, to widzi wtedy potrzebę powstania ośrodka który im pomoże? A jak jest zdrowy? W rodzinie nikt nie choruje? To co, mamy mu, czy komuś z jego rodziny, życzyć by miał wypadek, zachorował, czy miał udar?
  
Jak stara się, taki delikwent o urząd, to widzi różne potrzeby, a jak go już zdobył to może robić różne cyrki? Tak jak teraz, dla siebie, rodziny - kasa, znajomości, urzędy… Przecież śmieją się w sam nos ludziom którzy ich wybrali. Staram się nie być faszystą, ale czasem mi się „scyzoryk” w kieszeni otwiera…
Są w polityce i ludzie uczciwi. Ale jest ich niewielu. Na arenie walki politycznej nie mają szans wygrać z dorobkiewiczami, elitami, lobbystami…

To tak jak my. To tak jak my… ;-(  Jakbyś się nie ustawił, to i tak masz „plecy” z tyłu i wiatr mimo choroby, wieje ci prosto w twarz… I nie oszczędza, „Oj ni cholery”…  ;-D

poniedziałek, 7 listopada 2011

30. Właśnie wróciłem z mojej codziennej porcji gimnastyki. Wysiłek i zmęczenie, wydziela z mego organizmu Serotoninę, czyli hormon szczęścia. Dlatego patrzę na świat i moją chorobę łaskawym okiem. ;-D Czuje się poza tym zdrowiej i lżej. Że tak jest, świadczą moje wyniki laboratoryjne.
Wracam po ćwiczeniach do domu, do rodziny. Gotuję obiad, sprzątam, zmywam, czuję się akceptowany i potrzebny. Piszę Bloga, jestem czytany. Mam przyjaciół. Są, a jakże, jak w każdej rodzinie i kłopoty, ale na szczęście, nie problemy. Są o wiele poważniejsze uciążliwości i zawiłości w życiu, które nas na szczęście, jak do tej pory omijają. 
Mam prawo chyba powiedzieć zatem, że mimo mego SM, jestem spełniony i szczęśliwy?  ;-D

29. Napisałem kilka artykułów, czasem publikowanych czasem nie, uważam, że są ciekawe. Pomyślałem że warto się z Wami nimi podzielić. Jak chcecie to poczytajcie, jak nie to nie musicie… ;-D
Oto artykuł Drugi:

Stwardnienie rozsiane. Przewlekła, zapalna choroba demilizacyjna centralnego układu nerwowego… Co to jest do cholery???  Dlaczego to mnie spotkało? Czym to się leczy i jak z tym żyć?
Takie pytania kłębią się w głowie chorego, po usłyszeniu diagnozy w szpitalu. Ogólnie wiadomo o panującym micie w społeczeństwie. O tym że S.M. to wyrok, nie ma na to lekarstwa i jest to powolne czekanie na śmierć. Czy to prawda? W „pewnym sensie” muszę przyznać że… Tak…
Chociaż ja choruję na Stwardnienie Rozsiane od ponad dwudziestu lat. Dla mnie to nie był wyrok, lecz niebywale niewygodna choroba i wyzwanie. To zależy jak ktoś do niej podchodzi… ;-D
Ja uważam, że mam niewiarygodne szczęście, bo choroba u mnie postępuje jak do tej pory wolno i można by powiedzieć delikatnie. Jestem poza tym w programie i dostaję od jednej z dużych firm farmaceutycznych lek.
Jak to się u mnie zaczęło? Ano, nieświadomie. To było chyba przed trzydziestką, gdy lekarz rodzinny skierował mnie do neurologa z pierwszymi objawami choroby. Prawdopodobnie obydwoje podejrzewali u mnie S.M. Ale ani jeden ani drugi nic mi nie powiedzieli. Wtedy mieli takie prawo i chyba, z perspektywy lat, muszę powiedzieć że dobrze zrobili.
Było zapalenie nerwu wzrokowego i silne zapalenie nerwu twarzowego, pewne lekkie osłabienia, mrowienia, niedowłady. Nie wspominam tego okresu zbyt dobrze. Bo w sumie nie wiedziałem po co są te uciążliwe badania, dlaczego biorę takie dziwne leki. Dlaczego rozmawia ze mną psycholog? Sporo chorowałem w dzieciństwie. Miałem sporo infekcji. Objawy te umykały mi i przyjmowałem je jako osłabienie organizmu po tych infekcjach.
Tak przeżyłem kilkanaście lat. W 1996 roku poczułem się naprawdę źle. Byłem zmęczony, tak jakbym miał grypę. Kręciło mi się w głowie, miałem kłopoty z równowagą i mrowienie w kończynach. Postanowiłem zamiast jak zwykle do neurologa, udać się na ostry dyżur do szpitala. Tam zbadała mnie pani neurolog i niestety, zamiast przyjąć do szpitala, dała skierowanie do neurologa w przychodni. Tam dostałem standardowo, sporą ilość tabletek sterydowych i pozbyto się kłopotu.     Przeszło, nie powiem, ale nie na długo. Mniej więcej po roku, w 1997 stan mój na tyle się pogorszył że znowu poszedłem na ostry dyżur do szpitala, tym razem do Śniadeckiego. Sam bałem się jechać, więc asekurowała mnie w tej wyprawie autem, moja  żona. Wiecie jak to jest gdy jest się pracoholikiem. Zdrowie jest najmniej ważne i zwleka się do ostatniego momentu. Czeka się, bo być może się poprawi i robi się swoje. Tym razem nie miałem szczęścia.
Byłem potwornie zmęczony. Miałem naprawdę duże problemy z równowagą i miałem zeza. Pojawiały się problemy z poruszaniem się i brak czucia w ręce i nodze. Zostałem przyjęty przez neurologa. Neurolog ten powiedział, że podejrzewa u mnie poważną chorobę neurologiczną i przed przyjęciem do szpitala muszę wyrazić zgodę na pobranie płynu rdzeniowo-mózgowego z kręgosłupa.            Jesus Maria, punkcja! Całe legendy powstały o tym, jak takie badanie może się skończyć. Powiedziałem że się muszę zastanowić i wyszedłem. Sporo czasu rozmawialiśmy z żoną, co mamy robić? A że czułem się już tak źle, postanowiłem się poddać. Powróciliśmy na izbę przyjęć i podpisałem zgodę.

Zrobiono mi tą punkcję, której nawet nie poczułem. Zrobiono też wiele różnych badań, na przewodnictwo, tomografię, badanie oczu, zębów. Dopóki nie potwierdzono diagnozy, nie dawano mi leków, tylko podłączano do coraz to innych urządzeń diagnostycznych. No cóż,  z każdym dniem stawałem się coraz bardziej niepełnosprawny. Do tej pory opowiadam znajomym jak to przyjęto mnie do szpitala chodzącego,  a po dwóch tygodniach siostry i salowe musiały już mnie karmić. Marysia – żona–  kąpać, a podróż do łazienki stała się prawdziwą wyprawą.  Zezowałem poza tym tak, że nie tylko ja bałem się na siebie spojrzeć. W takim to stanie przywitałem wpis w karcie - SM… 
Dostałem od razu, kroplówki i tabletki. Gdy objawy zaczęły się cofać, skierowano mnie na szpitalną rehabilitację. Nie znałem tej choroby, więc poznawałem ją tak, jakby mnie ona nie dotyczyła bezpośrednio. A być może dostawałem jakieś tabletki na poprawienie nastroju? ;-D
Takich tabletek na pewno nie dostawali moi najbliżsi. To w ich oczach spostrzegłem pierwsze przejawy troski i lęku. Wtedy i ja zacząłem się poważnie interesować na cóż to w końcu choruję? Wtedy była nam potrzebna serdeczna, długa rozmowa z psychologiem, której niestety zabrakło…
Wyjaśnień i porad udzielali mi lekarze i siostry podczas obchodów i dyżurów. Był na sali pacjent z tą samą chorobą i on był dla mnie prawdziwą skarbnicą wiedzy na temat Stwardnienia Rozsianego.
Pobyt w szpitalu wspominam dobrze, bo po ciągłym uczuciu zmęczenia, nareszcie mogłem sobie wypocząć. Miałem fachową pomoc od  lekarzy, troskliwe siostry i salowe. Ludzie mówią źle o lekarzach, że się nie starają, są opryskliwi i że biorą łapówki. Ja nie mam takich doświadczeń. Wspominam szpitalny pobyt z serdecznością. Traktowano mnie tam fachowo, troskliwie i z wyrozumiałością. A gdy wychodziłem ze szpitala i proponowaliśmy ordynatorowi „kopertę” w dowód wdzięczności. Ten powiedział bym ją schował, bo sam tych pieniędzy będę potrzebował na leki i rehabilitację i „koperty” nie przyjął.
Niestety miał rację, w tym czasie bowiem, finansowo i duchowo, wspierała nas, moja mama. Szybko kurczyły się nasze skromne zapasy i byliśmy już bez pieniędzy.

- Reszta rodziny?.. - Ano jak zwykle, najlepiej się z nią wychodzi na zdjęciu. Pytania jak tam zdrówko i tyle… Przecież nie mieszkamy pod mostem, to i mamy pieniądze…

Trzeba było coś przedsięwziąć. Zaryzykowaliśmy i jeszcze nie do końca sprawny, wyjechaliśmy z żoną na zarobek do Niemiec.
Powoli zaczynałem uczyć się życia z tą chorobą. Na zewnątrz niewprawne oko nie widziało, że jestem chory. Nie wróciłem do poprzedniego stanu po rzucie, i czułem się słabo. Ale pracować jeszcze mogłem… ;-D   
Mózg jest tworem niezwykle skomplikowanym i jeszcze sporo czasu upłynąć musiało zanim zaczęto patrzyć na mnie ze współczuciem. Podjęliśmy decyzję, by przenieść się ze wsi do miasta. Do bloku, na parter i bliżej szpitala. To był okres niezwykle stresujący w naszym życiu. Dzieci musiały zmienić szkołę, zostawić przyjaciół których znali od lat. Wejść do nowych szkół. A my podjąć wyzwanie sfinansowania przeprowadzki i radzenia z chorobą.
Był okres że zachodząc do sklepu nie wiedziałem co ja tu robię. Wiedziałem że jakieś zakupy, tylko nie miałem pojęcia co miałem kupić. Wstydziłem się strasznie, gdy przewracałem się na schodach, nierównościach chodnika. Gdy się zataczałem gdy miałem kłopoty z równowagą. Bywało że miałem problemy z mówieniem. I im bardziej się stresowałem, tym mówiłem jeszcze bardziej niezrozumiale, rozmawiałem jakbym wypił sporą ilość alkoholu.  Chyba właśnie to do tej pory wpływa, na moje rozmowy z dziećmi. Stresuję się i nic na to nie mogę poradzić. Ale to nic z porównaniem z depresją która wkrótce mnie dopadła.
Był to okres, około dwóch lat, kiedy to „z biednego, poszkodowanego, nierozumianego i zestresowanego człowieka”, doszedłem to tego, że to co przeżywam ja i moi bliscy spowodowane jest właśnie chorobą mojej psychiki - Depresją.

Dochodziłem prawie do dna, gdzie widoczną dla mnie alternatywą było brak rodziny, rozwód, utrata przyjaciół, być może samozagłada. 
Obrażeni znajomi się nie odzywali. Dla dzieci nie byłem autorytetem i patrzyli na mnie jak na zgniłe jajko. Żona, dziwię się że nie odeszła i że wytrwała ze mną przez te upokarzające miesiące. Tego okresu bardzo się wstydzę. No cóż jak to mówią, co nas nie zabije, to wzmocni…
Zacząłem się zastanawiać nad swoim postępowaniem. I to był pierwszy krok do powrotu do zdrowia. Wyjeżdżałem na wieś by się nie kłócić i pisałem do żony listy. Pisałem co się dzieje w mojej głowie, co myślę i że żałuję. Marysia też pisała do mnie, o jej odczuciach i żalach. Nie za bardzo to pomagało i działało na krótki okres. Zacząłem szukać pomocy.
Po wielu porażkach, znalazłem pomoc w Centrum Interwencji Kryzysowej przy Ośrodku Pomocy Rodzinie. Tam, psycholog, nie patrząc na zegarek, wreszcie wysłuchała tego co miałem do powiedzenia w sprawie mojego destrukcyjnego wpływu na rodzinę. Rozmawialiśmy tak kilka godzin. Uczciwie i bez owijania w bawełnę. Uzgodniliśmy, że aby nam pomóc musi jeszcze porozmawiać z moją żoną, a potem zaprosi nas obydwoje.

Rozmawialiśmy długo. Psycholog wytknęła i wyjaśnił nasze błędy. Co robimy nie tak i jak różnią się nasze odczucia. Jakie żale nas dzielą i co nas łączy. To były bardzo owocne spotkania, dające nam wiele do myślenia. Po tej rozmowie zdecydowałem się odwiedzić psychiatrę. Tam, znowu długo rozmawialiśmy, a wynikiem tego, było przypisanie mi, tabletek antydepresyjnych.
Powoli, wszystko zaczęło się zmieniać w moim życiu. Poprzepraszałem znajomych, rodzinę. Powyjaśnialiśmy wszystkim przyczynę takiego postępowania. Minął okres stresów i nieporozumień, a z żoną do tej pory żyjemy jak podczas miesiąca miodowego. ;-D
Stres związany z depresją i przeprowadzką nie miał pozytywnego wpływu na rozwój mego SM-u. Czasem pomagały tylko tabletki, czasem musiałem iść na kurację do szpitala.
Podczas jednego z takich rzutów choroby, leczył mnie lekarz związany z programem wprowadzania na rynek, przez firmę farmaceutyczną, nowego leku na SM. Po kilku miesiącach zaproponował mi uczestnictwo w takim programie. No i już kilka lat jestem szczęśliwcem co dostaje lek w kroplówce o nazwie Natalizumab, (Tysabri) i jestem pod stałą opieką neurologa. Miałem w tym okresie tylko raz rzut choroby i to podczas rocznego wstrzymania przez firmę programu.
Podczas tych lat spędzonych z SM-em, musiałem radzić sobie z wieloma objawami choroby. Wiele już mi z niej pozostanie na zawsze, jak lekka głuchota i ograniczenie pola widzenia. Kłopoty z równowagą, lekki paraliż prawej strony ciała. Z innymi sobie poradziłem.
Korzystam z zabiegów sanatoryjnych, chodzę na rehabilitację, na spotkania ludzi chorych na SM. Ale to nie one wpływają najbardziej na poprawę mego stanu zdrowia. To wsparcie rodziny oraz moje samozaparcie w walce z tą chorobą, wpływają na obecny stan mego zdrowia.

Gdy miałem kłopoty z pamięcią, zdenerwowałem się i powiedziałem że tak być nie może. Nie będę rośliną i muszę z tym walczyć. Zacząłem uczyć się języków. Kupiłem komputer i za pośrednictwem Urzędu Pracy uczęszczałem na kursy komputerowe. Tak znalazłem pracę i przez pewien okres pracowałem w studiu graficznym w młodym prężnym zespole. To były wspaniale chwile i miały na mnie bardzo pozytywny wpływ. Wiele się nauczyłem i skorzystałem w tej pracy. Teraz nie pracuję, ale nadal korzystam z komputera i gdy czuję taką potrzebę, chodzę na kursy językowe.               
Korzystam z karnetów i chodzę na fitness, siłownię oraz basen. Naprawdę stawiają na nogi i wpływają pozytywnie na mój stosunek do życia. Gdyby jeszcze nie te problemy finansowe…
Za pomocą dotacji z PEFRONU, kupiłem trójkołowy rower i jeżdżę nim po całym mieście. Czuję się wolny, załatwiam sprawy, jeżdżę na spacery, na basen, imprezy. Ale jestem bardzo zbulwersowany gdy ktoś zastawi samochodem chodnik lub drogę dla rowerów. Gdy spotkam przeszkodę, jak schody, jamę w ziemi czy inną barierę. Wtedy czuję, że niektórzy ludzie traktują takich jak ja, jak niepotrzebny śmieć…
 Wtedy bardzo się dołuję, albo odwrotnie, buntuję i staram się walczyć z taką bezmyślnością. Przecież ci ludzie utrudniają życie nie tylko mnie ale też i matkom z dziećmi na wózkach i niepełnosprawnym. Pocieszam się myślą że powstaje w tym okresie wiele ścieżek rowerowych. Wiele barier architektonicznych zostaje zniesionych. Miasto pięknieje robi się wiele obwodnic i dróg. Gdy na to patrzę, cieszę się że mamy takich dobrych gospodarzy. I robi mi się cieplej na duszy.
Nie biorę już tabletek antydepresyjnych. Już ich nie potrzebuję. Mówię wszystkim że czuję się wspaniale i cieszę się że mam siłę walczyć z tą chorobą. Nie poddam bez walki! Mam rodzinę, która mnie wspiera, z którą czuję się i bezpiecznie i czuję się potrzebny. ;-D

niedziela, 6 listopada 2011

28. Napisałem kilka artykułów, czasem publikowanych czasem nie, uważam, że są ciekawe. Pomyślałem że warto się z Wami nimi podzielić. Jak chcecie to poczytajcie, jak nie to nie musicie… ;-D
Artykuł Pierwszy:

Chorzy na Stwardnienie Rozsiane mają najróżniejsze objawy tej nieuleczalnej, wyniszczającej organizm i psychikę choroby. Choroba może być galopująca i gwałtownie postępująca, prowadząca w ciągu kilku miesięcy do śmierci. Może trwać też dziesięciolecia i spowodować tylko niewielkie zmiany chorobowe w organizmie. Może atakować dzieci, młode, oraz starsze osoby.
Są odmiany rzutowe choroby, gdzie po rzucie, następuje reemisja i powoli powracamy „Na jakiś czas do normalności”.
Ten okres może trwać tygodnie lub całe lata. W tym czasie musimy się poddać terapii rehabilitacyjnej w sanatorium lub innym ośrodku prowadzącym takie zabiegi. 
Choroba może także postępować w różnym tempie, stale ustawicznie i bez rzutów.

Mówi się że jest to przewlekła, zapalna choroba demilizacyjna centralnego układu nerwowego. Co to oznacza? Ano, mniej więcej to, że choruje cały nasz mózg. Można przytaczać tu wiele mądrych słów, ale pragnę w tym miejscu powiedzieć bardzo prosto co to jest za choroba na którą i ja choruję.
Stwierdza się ją w szpitalu. Za pomocą analizy objawów, biopsji i przy pomocy rezonansu magnetycznego. Może atakować dosłownie wszystkie organy. Niektórych z nas, nie poznacie że chorujemy. Dopóki możemy, kryjemy się z S.M-em jak tylko możemy. Chodzi tu o możliwość utraty pracy, przykre plotki. Nieliczni tylko pracodawcy znają tą chorobę i pomagają nam w walce z nią. Reszta jak najszybciej chce się nas ze swej firmy pozbyć. Nie wiedzą, że w większości nie muszą, a wręcz nie powinni przyprawiać nam nerwów i stresów. To one właśnie przyczyniają się do ujawnienia symptomów choroby, nowych ataków i pogłębiania się obecnych.
Większość nas widać jak chodzimy o lasce, kulach, chodziku czy wózku. To są objawy niepełnosprawności fizycznej. Takich nas znacie i takich jest nas najwięcej. Mówimy, zachowujemy się jak wszyscy, tylko jesteśmy niepełnosprawni. Pracujemy, kochamy, odpoczywamy. Jesteśmy na rencie, cieszymy się życiem jesteśmy aktywni. Jesteśmy pogodzeni z chorobą.
Nie widać nas gdy w depresji chowamy się przed społeczeństwem. Nie możemy przecież nic sobie zaplanować. Nie wiemy kiedy i w jakim stopniu zostaniemy zaatakowani znów przez tą podstępną chorobę. Nie łatwo jest nam z tym żyć.
Nie afiszujemy się, a nawet jesteśmy ukrywani przez naszych bliskich, gdy mamy problemy z równowagą. Prawie wszyscy sąsiedzi twierdzą że jesteśmy alkoholikami. A gdy do tego dochodzą problemy z mową… Tylko przyznanie się że chorujemy na Stwardnienie Rozsiane ratuje nas od izby wytrzeźwień. Ile razy mieliśmy problemy z policją gdy w lżejszych stanach poruszaliśmy się za kierownicą samochodów? Jesteśmy tylko osobami niepełnosprawnymi, jak inni. Mamy prawo jazdy i mamy prawo do poruszania się tak jak umiemy. Znamy stosunek niektórych młodych ludzi co mówią, „kalecy do gazu”. Tylko że choroba ta atakuje najczęściej ludzi właśnie w ich wieku. A jeżeli zaatakuje właśnie ich… Bardzo szybko zmienia się wtedy światopogląd i przekonania.

Bywa że nie trzymamy moczu lub stolca, wtedy korzystamy z pampersów. Wszelkie imprezy wtedy są poza naszym zasięgiem. Gdy nie musimy jeszcze z pampersów korzystać, przed wyjściem z domu układamy w głowie mapę toalet z których po drodze będziemy mogli skorzystać. Mamy zeza, tracimy wzrok, słuch. Tracimy inne zmysły. Czasem nie możemy uprawiać seksu. Bywa że odczuwamy ból. Czasem ten łagodny, ale jednostajny. Czasem jednak jest tak straszny, że ledwo sobie z nim radzimy. Bywa że tracimy kontrolę nad mięśniami, kończynami które robią co chcą.  
Niestety, nikt nas nie spotka na ulicy, gdy zaatakowany zostanie obszar mózgu taki jak przy Parkinsonie, Alzheimerze. Gdy mamy zaburzenia pamięci, zmiany nastroju, zaburzenia funkcji poznawczych, zaburzenia osobowości i zachowania. A gdy leżymy i przypominamy rośliny? Czym w tym stanie mamy się chwalić? Czym mają się chwalić nasi bliscy? Wtedy mamy doczynienia z tragedią rodzinną, choruje cała rodzina.. Najczęściej brak jest wtedy pieniędzy.
A gdy rodzina ma nas już dość, to mamy doczynienia z jakże częstymi u nas rozwodami. Zostajemy sami w domu, czasem zupełnie samotni. Odwiedzani jesteśmy tylko przez znajomych, opiekę społeczną, lub umieszczani w domach opieki czy hospicjach.
Sporo z nas walczy. Ćwiczy (nie przesilając się) na basenie, chodzi na fitness, siłownię. Ćwiczy pamięć rozwiązując krzyżówki, chodząc na kursy językowe, komputerowe. Czyta jak może, czy bawi się łamigłówkami. Wychodzi do ludzi. Lecz wielu z nas stało się niestety wygodnymi. Nie widzi sensu w jakimkolwiek wysiłku. Poddało się, lub mówiąc bezczelnie rozleniwiło. Czekają na śmierć, lub to co ześle im los. Gorzknieją.

Nie docierają do nas optymistyczne wiadomości o programach dotyczących ludzi dotkniętych S.M-em. Nie stać nas na stworzenie swojego własnego lobby. Polskie NFZ stara się nas nie zauważać. Nie mamy dostępu do leków, choć w innych cywilizowanych krajach stać SM-owców by się leczyć. Kogo z nas rencistów, stać na lek za ok. 2 tys. euro?
Mamy w śród nas takich szczęściarzy, co korzystają z programów wielkich zachodnich koncernów farmakologicznych, którzy wypróbowują na sobie leki. W zamian opiekują się nami i robią badania. Wtedy mamy szczęście, czujemy się potrzebni. „Taki lek, ojej, złapaliśmy Pana Boga za nogi…”
Czasami w mediach pojawia się temat chorych na SM. Że potrzebują pomocy jak inne grupy cierpiących. Kilka, kilkanaście minut sławy. A potem? Kto chce pamiętać o chorobach? O ile bardziej medialne są małe chore dzieci, ludzie po wypadkach, wylewach, diabetycy, czy inni. My z nimi nie mamy szans. Nie mamy szans, bo nie damy rady rozpychać się łokciami. Nie mamy po prostu siły. Aby wynająć kogoś kto by to robił za nas, potrzeba funduszy. A skąd je wziąć? Z renty kilkuset złotowej? Za mało by żyć, za dużo by umrzeć…
Tak to w kilku słowach wygląda nasze życie z tą chorobą. Myślę że niewielu ludzi wie, że to tak złośliwa, wielobiegunowa i nieprzewidywalna choroba. Mówi się że jest nas 60 tysięcy w Polsce. Ale kto nas widział na rozkopanych, powybijanych, pełnych barier architektonicznych ulicach? Tylko nieliczni, tak jak ja, mają odwagę stawić czoła ludzkiej bezmyślności. ;-D

piątek, 4 listopada 2011

27.  Jak ktoś lubi czytać o wpływie różnych tłuszczy, witamin i ziaren na organizm, może znaleźć takie podstawy w broszurce PTSR, „SM i… dieta”. Tam też mówi się o gadżetach pomocnych w kuchni.
Że jest ich tak wiele, dowiedziałem się będąc na rehabilitacji w KOMR – Dąbku. Link do Dąbka.

Polecam ten ośrodek. Oprócz hipoterapii i basenu, które uwielbiam, są tam bardzo fachowi i mili rehabilitanci. Jak w życiu bywa, czy będzie fajnie, zależy od towarzystwa na jakie się akurat trafi. ;-D Gdy byłem tam pierwszy raz, ok. 20 osób od razu zaczęło nadawać na tej samej częstotliwości. No i ja w śród nich byłem. Było wspaniale!!! ;-D
Niestety trzeba trochę dopłacić, Ale myślę że to się opłaci. Ale jak ktoś pracuje, to zakład pracy może zrefundować ten pobyt i wyjdzie za darmo. Bywa że Pomoc Społeczna też pomoże. Trzeba popytać w środowisku. ;-* 

środa, 2 listopada 2011

26. Przed pobytem w szpitalu i diagnozą, tygodniami byłem zmęczony. Wręcz chroniczne... Jakże się nie chciało wstawać do pracy. 
Nic się nie chciało!… Marzeniem moim było położyć się i spać. Całe noce, dni, tygodnie. Tak żeby nikt nie przeszkadzał. Mógłby być nawet szpital…

- Naprawdę chciałem do szpitala…
Gdy byłem już w szpitalu, byłem szczęśliwy że odpoczywam. Że nie muszę wstawać, że nareszcie mogę się wyspać. Ach co za ulga… Na resztę mało zwracałem uwagę. Na to przyszedł czas później… ;-D